poniedziałek, 4 maja 2015

Prolog

Prolog
     
 Melania stoi na jedynej niezburzonej jeszcze wieży ogromnego i majestatycznego niegdyś zamku. Przygląda się bitwie rozgrywającej się wiele stóp poniżej. Jej rozbite i osłabione zastępy czarodziejów wytrwale odpierały atak przeciwników: wysokich, smukłych elfów odzianych w złote zbroje, wymachujących długimi, lśniącymi srebrem mieczami, wystrzeliwujących strzałę za strzałą, śmiertelnie niebezpieczne, żadna z nich nie chybiała bowiem celu. Melania obserwowała jak jeden czarodziej za drugim padał martwy od ciosu gwiezdnego miecza, lub przeszywany strzałą. Z chwili na chwilę czuła jak w jej sercu narasta coraz większa frustracja, a w gardle rodzi się szloch. Od początku wiedziała, że bitwa jest przesądzona. Czarodzieje nie potrafili posługiwać się mieczami, łukami czy toporami, mieli jedynie różdżki, które w starciu z elfami, najstarszymi magicznymi istotami tego świata, nie miały żadnych szans. Lecz Vlad był uparty. Kierował się głęboką nienawiścią do króla elfów, którą już dawno przypłacił życiem na polu walki. Nie tylko swoim. Wielotysięczne oddziały wiernych magów zostały zdziesiątkowane. W myślach przeklinała Elfolusa i jego idealną armię. W jej umyśle zrodził się cichy, znajomy głos: "Nienawiść... Nienawiść jest zarazą dzisiejszego świata. Wróć na pole bitwy, Arcywiedźmo. W takim momencie chcesz porzucić swoje wojska?", Słowa te zjawiły się tak niespodziewanie, że kobieta drgnęła wybita na chwilę z równowagi, jednak szybko zdołała się opanować. Zdecydowanym krokiem zeszła po sypiących się kamiennych stopniach i stanęła na ziemi nasączonej krwią czarodziejów. Szła przed siebie, starając się nie zważać na toczącą się bitwę. Pragnęła jedynie odnaleźć Elfolusa. Wiedziała, że będzie gdzieś między swymi oddziałami. W przeciwieństwie do Vlada znała go dobrze.
Nie myliła się. Odnalazła władcę elfów na skraju pola bitwy, walczącego ramię w ramię ze swoimi poddanymi. Chwilę przyglądała się zafascynowana jego płynnym ruchom, wszystkim przemyślanym manewrom, jego wyrazowi twarzy - pełnym skupienia i zdeterminowanym. Nigdy nikomu się do tego nie przyznała, ale elfy fascynowały ją przez całe życie. Zwłaszcza ten jeden.
Otrząsnęła się z zamyślenia i znów ruszyła przed siebie. Od miejsca, w którym walczył Elfolus dzieliło ją kilka kroków. Postanowiła zawołać go, przebijając się głosem przez bitewny gwar:
- Elfolusie, wstrzymaj swoje wojska! Pragnę rozmowy.
Głowa o długich blond włosach obróciła się w jej kierunku. Mężczyzna zatrzymał się i stanął naprzeciw niej wyprostowany, jednocześnie gestem nakazując swoim najbliższym towarzyszom wstrzymać akcję. Zagrzmiały elfie harfy i na polu zaległa cisza. Król zrobił cztery nieśpieszne kroki na przód, w kierunku Melanii i stanął na przeciw niej, bardzo blisko. Spoglądając dumnie z góry zadał pytanie:
- Czyżbyś zechciała się poddać?
Głos jego był czysty i dźwięczny, wibrował w powietrzu niczym najpiękniejsza muzyka, na jego dźwięk elfy przyklękiwały z szacunkiem, a czarodziejów przechodziły dreszcze strachu, jednocześnie przepełniony był goryczą i wrogością oraz odrobiną ironii. Melania słyszała go już dziś. To król elfów przemawiał do jej myśli. Wzdrygnęła się.
- Nie ingeruj w moje wypowiedzi, Elfolusie. Nie to powiedziałam. - z  każdym słowem czuła jak maleje pod jego spojrzeniem. Wiedziała, że w hierarchii znajduje się znacznie niżej niż on, jednak nie dawała tego po sobie poznać. Stała wyprostowana wypychając pierś do przodu i patrząc elfowi prosto w głębokie, stare, niebieskie oczy. Wiedziała, że jej postawa dodaje otuchy czarodziejom, wiedziała również, że Elfolusa nie da się zmylić tak łatwo, elf bowiem widział jej oczy, a z oczu mógł czytać jak z otwartej księgi. Widział jej strach, bezradność i desperację. Miał ją w garści. Zdawał sobie z tego sprawę. Wygrał. Oboje dobrze to wiedzieli.
- Czego więc sobie życzysz, pani? - mówiąc to uśmiechnął się ironicznie i złożył głęboki pokłon nie odrywając jednak oczu od twarzy Melanii. Robił wszystko, by grunt spod jej nóg osypał się całkowicie, chciał wytrącić ją z równowagi, zirytować, zyskać kolejny punkt przewagi.
- Chcę zaprzestać tej bitwy. - zawahała się na moment. Czy to co miała mu do zaoferowania było warte sprawy...? - Mam... Mam coś, co może cię zadowolić. 
Elfolus niemal niedostrzegalnie ściągnął usta, pochylił głowę odrobinę w prawo i spojrzał na czarownicę z wyższością. Przez długą chwilę milczał, przyglądając się jej, jakby doszukując się spisku lub podstępu. Ustąpił jednak, skinął lekko głową na Arcywiedźmę, obrócił się na pięcie i majestatycznym krokiem począł wycofywać się z pola bitwy. Oczekiwał, że Melania pójdzie za nim, co z resztą uczyniła. 
Gdy przechodził elfy rozsuwały się przed nim chyląc głowy w pokłonie. Darzyły go nieopisaną miłością i szacunkiem, był dla nich surowym lecz dobrym i sprawiedliwym władcą. Gotów był chronić każdego z osobna własną piersią. 
Elfolus zszedł ze zlanej krwią polany i przechadzał się z wolna wśród wierzchowców, na których przybył tu wraz ze swoim oddziałem. Odnalazł największego z nich, pięknego siwego shire'a i położył dłoń na jego chrapach. Nie trudno było Melanii odgadnąć, że tego konia dosiada król. W milczeniu oddalili się od zwierząt i dopiero wtedy zatrzymał się. Melania, lekko zdyszana, gdyż trudno było iść jej ramię w ramię z długonogim elfem, stanęła naprzeciw niego.
- Mam coś, co może cię zadowolić. - powtórzyła. Elfolus znów przechylił głowę w prawo na znak, że słucha uważnie.
Melania stała krótki czas w ciszy z oczami spuszczonymi ku ziemi. Dłonią sięgnęła do zakrytego szatami dekoltu i chwyciła w palce skrawek materiału. Elfolus przyglądał jej się uważnie. Czarownica z wolna, jakby walcząc ze sobą, wyjęła spod tkaniny cienki łańcuszek, na którym zawieszony był średniej wielkości biały kamień. Elfolus wyprostował się gwałtownie niczym struna przyglądając się chciwie spod przymkniętych powiek klejnotowi. Jego piękną, białą jak śnieg twarz pokrył rumieniec w delikatnym odcieniu różu. Król pożądał klejnotu zawieszonego u szyi Arcywiedźmy od dawna, a ona była gotowa mu go tak łatwo oddać... Niemożliwością było, by pojmowała jego rzeczywistą potęgę. Jednakże czego można się spodziewać po czarodziejach, po bezmyślnej rasie zapatrzonej w ludzi, gotowej poświęcać dla nich swoje życie... Cichy głos Melanii przerwał wewnętrzny monolog elfa.
- Wycofaj swoje wojska, a będzie twój. Wielu ludzi straciłam na tej beznadziejnej wojnie. Zbyt wielu...
Elfolus z wolna wyciągnął smukłą dłoń, by chwycić łańcuszek, na którym kołysał się skarb.
- Lusion... - szepnął niemal niedosłyszalnie wbijając oczy w kamień niczym zahipnotyzowany. W tym samym momencie Melania gwałtownym ruchem schowała klejnot z powrotem pod ubranie. Czar prysnął, a Elfolus znów stanął wyprostowany i dumny, lecz tym razem na jego obliczu malowała się również łapczywość na skarb pozostający w rękach czarownicy.
- Wycofaj swoje wojska, Elfolusie. - powiedziała dobitnie Melania. 
Król popatrzył na nią swymi przenikliwymi oczami z mieszaniną odrazy i gniewu, lecz odszedł pośpiesznie w kierunku koni. Melania widziała jak umiejętnie wskakuje na ogromnego wierzchowca i odjeżdża galopem, w pełnym siadzie na oklep. Nie minęło dużo czasu gdy ujrzała go znów, tym razem na czele ogromnej armii elfów maszerujących w stronę zwierząt. Z mocno bijącym sercem obserwowała jak wojownicy Elfolusa kolejno dosiadają swoich koni i zawracają w stronę swego odległego królestwa. Z podziwem patrzyła na harmonię panującą między nimi, a ich wierzchowcami. Sama nigdy nie jechała konno. To nie była dziedzina, w której specjalizują się czarodzieje. 
Kolejne elfy odjeżdżały nie zaszczycając Melanii spojrzeniem, a ona starała się nie myśleć o stracie, którą właśnie poniosła. Czymże jest jej rasa bez Lusionu...? Zaczęła przypominać sobie całą historię szlachetnego kamienia opowiadaną jej przez jej matkę wiele razy; początek swój brał od pierwszych chodzących po świecie czarodziejów, gdy moc ich była większa znacznie niż dziś. Choć byli potężną rasą nigdy nie dorównali elfom. Stworzyli więc kamień - Lusion - w którym zamknęli część swojej mocy. Był on przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzie królewskim i miał dawać siłę czarodziejom aż po kres ich istnienia, by nigdy nie musieli ukorzyć się przed długowłosymi istotami. A dziś został utracony. Kolejne pokolenia czarodziejów będą dążyły do odzyskania klejnotu, lecz Melania wie, że na darmo. Dopóki będą go posiadały elfy żaden czarodziej czy też przedstawiciel jakiejkolwiek innej rasy nie dostanie zgody, by choć rzucić na niego okiem.
Powstrzymywała łzy, czuła jak na jej twarz wypływa gorący rumieniec. Ach, gdyby ten przeklęty Vlad wysłuchał jej! Ostrzegała go, że z elfami nie da się walczyć. Że z Elfolusem nie da się walczyć… Ale oczywiście jego duma była silniejsza, rozpętał daremną wojnę, w której zginęło wielu ich wiernych poddanych, w której została poniesiona strata nie do odbudowania… Melania czuła, że zbliża się koniec czarodziejów, koniec, przed którym miał ich strzec Lusion...
Gdy myśli kolejno przelatywały przez jej głowę Elfolus zbliżał się z wolna do niewielkiej postaci kryjącej się wśród drzew i zarośli. Spostrzegła jego obecność dopiero gdy rumak, którego dosiadał rzucił cień na jej twarz. Elfolus zsunął się bezszelestnie z jego grzbietu i stanął z wyciągniętą w stronę Arcywiedźmy otwartą dłonią. Czekał, by podała mu skarb, który skrywała pod połami ubrania.
Melania wbiła wzrok w ziemię. Powoli odpięła łańcuszek, na którym umocowany był Lusion. Spojrzała raz jeszcze na kamień przez łzy, zacisnęła go w swej niewielkiej pięści i niechętnie wyciągnęła ramię w stronę elfa. Upuściła medalion na jego otwartą dłoń.
Elfolus patrzył na klejnot z uwielbieniem szeroko otwartymi oczyma. Bez słowa zapiął łańcuszek na swojej szczupłej, długiej szyi, schował klejnot pod srebrnymi szatami, wsiadł na konia i odjechał galopem.
Melania stała pewien czas bez ruchu patrząc za znikającym w oddali elfem. Łzy płynęły po jej zaczerwienionej twarzy, a krótkie, brązowe włosy rozwiewał wiatr. Gdy armia Elfolusa zniknęła jej z oczu odwróciła się na pięcie i powoli, znużona poczęła zmierzać ku zamkowi, by policzyć straty, opatrzyć rannych, pochować poległych, a na koniec zaszyć się w swej komnacie i myśleć, „co teraz…?”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz