Prolog
Melania stoi na jedynej
niezburzonej jeszcze wieży ogromnego i majestatycznego niegdyś zamku. Przygląda
się bitwie rozgrywającej się wiele stóp poniżej. Jej rozbite i osłabione
zastępy czarodziejów wytrwale odpierały atak przeciwników: wysokich, smukłych
elfów odzianych w złote zbroje, wymachujących długimi, lśniącymi srebrem
mieczami, wystrzeliwujących strzałę za strzałą, śmiertelnie niebezpieczne,
żadna z nich nie chybiała bowiem celu. Melania obserwowała jak jeden czarodziej
za drugim padał martwy od ciosu gwiezdnego miecza, lub przeszywany strzałą. Z
chwili na chwilę czuła jak w jej sercu narasta coraz większa frustracja, a w
gardle rodzi się szloch. Od początku wiedziała, że bitwa jest przesądzona.
Czarodzieje nie potrafili posługiwać się mieczami, łukami czy toporami, mieli
jedynie różdżki, które w starciu z elfami, najstarszymi magicznymi istotami
tego świata, nie miały żadnych szans. Lecz Vlad był uparty. Kierował się
głęboką nienawiścią do króla elfów, którą już dawno przypłacił życiem na polu
walki. Nie tylko swoim. Wielotysięczne oddziały wiernych magów zostały
zdziesiątkowane. W myślach przeklinała Elfolusa i jego idealną armię. W jej
umyśle zrodził się cichy, znajomy głos: "Nienawiść... Nienawiść jest
zarazą dzisiejszego świata. Wróć na pole bitwy, Arcywiedźmo. W takim momencie
chcesz porzucić swoje wojska?", Słowa te zjawiły się tak niespodziewanie,
że kobieta drgnęła wybita na chwilę z równowagi, jednak szybko zdołała się
opanować. Zdecydowanym krokiem zeszła po sypiących się kamiennych stopniach i
stanęła na ziemi nasączonej krwią czarodziejów. Szła przed siebie, starając się
nie zważać na toczącą się bitwę. Pragnęła jedynie odnaleźć Elfolusa. Wiedziała,
że będzie gdzieś między swymi oddziałami. W przeciwieństwie do Vlada znała go
dobrze.
Nie myliła się. Odnalazła władcę elfów na
skraju pola bitwy, walczącego ramię w ramię ze swoimi poddanymi. Chwilę
przyglądała się zafascynowana jego płynnym ruchom, wszystkim przemyślanym
manewrom, jego wyrazowi twarzy - pełnym skupienia i zdeterminowanym. Nigdy
nikomu się do tego nie przyznała, ale elfy fascynowały ją przez całe życie.
Zwłaszcza ten jeden.
Otrząsnęła się z zamyślenia i znów ruszyła
przed siebie. Od miejsca, w którym walczył Elfolus dzieliło ją kilka kroków.
Postanowiła zawołać go, przebijając się głosem przez bitewny gwar:
- Elfolusie, wstrzymaj swoje wojska!
Pragnę rozmowy.
Głowa o długich blond włosach obróciła się
w jej kierunku. Mężczyzna zatrzymał się i stanął naprzeciw niej wyprostowany,
jednocześnie gestem nakazując swoim najbliższym towarzyszom wstrzymać akcję.
Zagrzmiały elfie harfy i na polu zaległa cisza. Król zrobił cztery nieśpieszne
kroki na przód, w kierunku Melanii i stanął na przeciw niej, bardzo blisko.
Spoglądając dumnie z góry zadał pytanie:
- Czyżbyś zechciała się poddać?
Głos jego był czysty i dźwięczny, wibrował
w powietrzu niczym najpiękniejsza muzyka, na jego dźwięk elfy przyklękiwały z
szacunkiem, a czarodziejów przechodziły dreszcze strachu, jednocześnie
przepełniony był goryczą i wrogością oraz odrobiną ironii. Melania słyszała go
już dziś. To król elfów przemawiał do jej myśli. Wzdrygnęła się.
- Nie ingeruj w moje wypowiedzi,
Elfolusie. Nie to powiedziałam. - z każdym słowem czuła jak maleje pod
jego spojrzeniem. Wiedziała, że w hierarchii znajduje się znacznie niżej niż
on, jednak nie dawała tego po sobie poznać. Stała wyprostowana wypychając pierś
do przodu i patrząc elfowi prosto w głębokie, stare, niebieskie oczy.
Wiedziała, że jej postawa dodaje otuchy czarodziejom, wiedziała również, że
Elfolusa nie da się zmylić tak łatwo, elf bowiem widział jej oczy, a z oczu
mógł czytać jak z otwartej księgi. Widział jej strach, bezradność i desperację.
Miał ją w garści. Zdawał sobie z tego sprawę. Wygrał. Oboje dobrze to wiedzieli.
- Czego więc sobie życzysz, pani? - mówiąc
to uśmiechnął się ironicznie i złożył głęboki pokłon nie odrywając jednak oczu
od twarzy Melanii. Robił wszystko, by grunt spod jej nóg osypał się całkowicie,
chciał wytrącić ją z równowagi, zirytować, zyskać kolejny punkt przewagi.
- Chcę zaprzestać tej bitwy. - zawahała
się na moment. Czy to co miała mu do zaoferowania było warte sprawy...? -
Mam... Mam coś, co może cię zadowolić.
Elfolus niemal niedostrzegalnie ściągnął
usta, pochylił głowę odrobinę w prawo i spojrzał na czarownicę z wyższością.
Przez długą chwilę milczał, przyglądając się jej, jakby doszukując się spisku
lub podstępu. Ustąpił jednak, skinął lekko głową na Arcywiedźmę, obrócił się na
pięcie i majestatycznym krokiem począł wycofywać się z pola bitwy. Oczekiwał,
że Melania pójdzie za nim, co z resztą uczyniła.
Gdy przechodził elfy rozsuwały się przed
nim chyląc głowy w pokłonie. Darzyły go nieopisaną miłością i szacunkiem, był
dla nich surowym lecz dobrym i sprawiedliwym władcą. Gotów był chronić każdego
z osobna własną piersią.
Elfolus zszedł ze zlanej krwią polany i
przechadzał się z wolna wśród wierzchowców, na których przybył tu wraz ze swoim
oddziałem. Odnalazł największego z nich, pięknego siwego shire'a i położył dłoń
na jego chrapach. Nie trudno było Melanii odgadnąć, że tego konia dosiada król.
W milczeniu oddalili się od zwierząt i dopiero wtedy zatrzymał się. Melania,
lekko zdyszana, gdyż trudno było iść jej ramię w ramię z długonogim elfem,
stanęła naprzeciw niego.
- Mam coś, co może cię zadowolić. -
powtórzyła. Elfolus znów przechylił głowę w prawo na znak, że słucha uważnie.
Melania stała krótki czas w ciszy z oczami
spuszczonymi ku ziemi. Dłonią sięgnęła do zakrytego szatami dekoltu i chwyciła
w palce skrawek materiału. Elfolus przyglądał jej się uważnie. Czarownica z
wolna, jakby walcząc ze sobą, wyjęła spod tkaniny cienki łańcuszek, na którym
zawieszony był średniej wielkości biały kamień. Elfolus wyprostował się
gwałtownie niczym struna przyglądając się chciwie spod przymkniętych powiek klejnotowi.
Jego piękną, białą jak śnieg twarz pokrył rumieniec w delikatnym odcieniu różu.
Król pożądał klejnotu zawieszonego u szyi Arcywiedźmy od dawna, a ona była
gotowa mu go tak łatwo oddać... Niemożliwością było, by pojmowała jego
rzeczywistą potęgę. Jednakże czego można się spodziewać po czarodziejach, po bezmyślnej
rasie zapatrzonej w ludzi, gotowej poświęcać dla nich swoje życie... Cichy głos
Melanii przerwał wewnętrzny monolog elfa.
- Wycofaj swoje wojska, a będzie twój.
Wielu ludzi straciłam na tej beznadziejnej wojnie. Zbyt wielu...
Elfolus z wolna wyciągnął smukłą dłoń, by
chwycić łańcuszek, na którym kołysał się skarb.
- Lusion... - szepnął niemal
niedosłyszalnie wbijając oczy w kamień niczym zahipnotyzowany. W tym samym
momencie Melania gwałtownym ruchem schowała klejnot z powrotem pod ubranie.
Czar prysnął, a Elfolus znów stanął wyprostowany i dumny, lecz tym razem na
jego obliczu malowała się również łapczywość na skarb pozostający w rękach
czarownicy.
- Wycofaj swoje wojska, Elfolusie. -
powiedziała dobitnie Melania.
Król popatrzył na nią swymi przenikliwymi
oczami z mieszaniną odrazy i gniewu, lecz odszedł pośpiesznie w kierunku koni.
Melania widziała jak umiejętnie wskakuje na ogromnego wierzchowca i odjeżdża
galopem, w pełnym siadzie na oklep. Nie minęło dużo czasu gdy ujrzała go znów,
tym razem na czele ogromnej armii elfów maszerujących w stronę zwierząt. Z
mocno bijącym sercem obserwowała jak wojownicy Elfolusa kolejno dosiadają
swoich koni i zawracają w stronę swego odległego królestwa. Z podziwem patrzyła
na harmonię panującą między nimi, a ich wierzchowcami. Sama nigdy nie jechała
konno. To nie była dziedzina, w której specjalizują się czarodzieje.
Kolejne elfy odjeżdżały nie zaszczycając
Melanii spojrzeniem, a ona starała się nie myśleć o stracie, którą właśnie
poniosła. Czymże jest jej rasa bez Lusionu...? Zaczęła przypominać sobie całą
historię szlachetnego kamienia opowiadaną jej przez jej matkę wiele razy;
początek swój brał od pierwszych chodzących po świecie czarodziejów, gdy moc
ich była większa znacznie niż dziś. Choć byli potężną rasą nigdy nie dorównali
elfom. Stworzyli więc kamień - Lusion - w którym zamknęli część swojej mocy.
Był on przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzie królewskim i miał dawać
siłę czarodziejom aż po kres ich istnienia, by nigdy nie musieli ukorzyć się
przed długowłosymi istotami. A dziś został utracony. Kolejne pokolenia
czarodziejów będą dążyły do odzyskania klejnotu, lecz Melania wie, że na darmo.
Dopóki będą go posiadały elfy żaden czarodziej czy też przedstawiciel
jakiejkolwiek innej rasy nie dostanie zgody, by choć rzucić na niego okiem.
Powstrzymywała łzy, czuła jak na jej twarz wypływa gorący
rumieniec. Ach, gdyby ten przeklęty Vlad wysłuchał jej! Ostrzegała go, że z
elfami nie da się walczyć. Że z Elfolusem nie da się walczyć… Ale oczywiście jego
duma była silniejsza, rozpętał daremną wojnę, w której zginęło wielu ich
wiernych poddanych, w której została poniesiona strata nie do odbudowania…
Melania czuła, że zbliża się koniec czarodziejów, koniec, przed którym miał ich
strzec Lusion...
Gdy myśli kolejno przelatywały przez jej głowę Elfolus zbliżał się
z wolna do niewielkiej postaci kryjącej się wśród drzew i zarośli. Spostrzegła
jego obecność dopiero gdy rumak, którego dosiadał rzucił cień na jej twarz.
Elfolus zsunął się bezszelestnie z jego grzbietu i stanął z wyciągniętą w
stronę Arcywiedźmy otwartą dłonią. Czekał, by podała mu skarb, który skrywała
pod połami ubrania.
Melania wbiła wzrok w ziemię. Powoli odpięła łańcuszek, na którym
umocowany był Lusion. Spojrzała raz jeszcze na kamień przez łzy, zacisnęła go w
swej niewielkiej pięści i niechętnie wyciągnęła ramię w stronę elfa. Upuściła
medalion na jego otwartą dłoń.
Elfolus patrzył na klejnot z uwielbieniem szeroko otwartymi
oczyma. Bez słowa zapiął łańcuszek na swojej szczupłej, długiej szyi, schował
klejnot pod srebrnymi szatami, wsiadł na konia i odjechał galopem.
Melania stała pewien czas bez ruchu patrząc za znikającym w oddali
elfem. Łzy płynęły po jej zaczerwienionej twarzy, a krótkie, brązowe włosy
rozwiewał wiatr. Gdy armia Elfolusa zniknęła jej z oczu odwróciła się na pięcie
i powoli, znużona poczęła zmierzać ku zamkowi, by policzyć straty, opatrzyć
rannych, pochować poległych, a na koniec zaszyć się w swej komnacie i myśleć, „co
teraz…?”.

