poniedziałek, 4 maja 2015

Prolog

Prolog
     
 Melania stoi na jedynej niezburzonej jeszcze wieży ogromnego i majestatycznego niegdyś zamku. Przygląda się bitwie rozgrywającej się wiele stóp poniżej. Jej rozbite i osłabione zastępy czarodziejów wytrwale odpierały atak przeciwników: wysokich, smukłych elfów odzianych w złote zbroje, wymachujących długimi, lśniącymi srebrem mieczami, wystrzeliwujących strzałę za strzałą, śmiertelnie niebezpieczne, żadna z nich nie chybiała bowiem celu. Melania obserwowała jak jeden czarodziej za drugim padał martwy od ciosu gwiezdnego miecza, lub przeszywany strzałą. Z chwili na chwilę czuła jak w jej sercu narasta coraz większa frustracja, a w gardle rodzi się szloch. Od początku wiedziała, że bitwa jest przesądzona. Czarodzieje nie potrafili posługiwać się mieczami, łukami czy toporami, mieli jedynie różdżki, które w starciu z elfami, najstarszymi magicznymi istotami tego świata, nie miały żadnych szans. Lecz Vlad był uparty. Kierował się głęboką nienawiścią do króla elfów, którą już dawno przypłacił życiem na polu walki. Nie tylko swoim. Wielotysięczne oddziały wiernych magów zostały zdziesiątkowane. W myślach przeklinała Elfolusa i jego idealną armię. W jej umyśle zrodził się cichy, znajomy głos: "Nienawiść... Nienawiść jest zarazą dzisiejszego świata. Wróć na pole bitwy, Arcywiedźmo. W takim momencie chcesz porzucić swoje wojska?", Słowa te zjawiły się tak niespodziewanie, że kobieta drgnęła wybita na chwilę z równowagi, jednak szybko zdołała się opanować. Zdecydowanym krokiem zeszła po sypiących się kamiennych stopniach i stanęła na ziemi nasączonej krwią czarodziejów. Szła przed siebie, starając się nie zważać na toczącą się bitwę. Pragnęła jedynie odnaleźć Elfolusa. Wiedziała, że będzie gdzieś między swymi oddziałami. W przeciwieństwie do Vlada znała go dobrze.
Nie myliła się. Odnalazła władcę elfów na skraju pola bitwy, walczącego ramię w ramię ze swoimi poddanymi. Chwilę przyglądała się zafascynowana jego płynnym ruchom, wszystkim przemyślanym manewrom, jego wyrazowi twarzy - pełnym skupienia i zdeterminowanym. Nigdy nikomu się do tego nie przyznała, ale elfy fascynowały ją przez całe życie. Zwłaszcza ten jeden.
Otrząsnęła się z zamyślenia i znów ruszyła przed siebie. Od miejsca, w którym walczył Elfolus dzieliło ją kilka kroków. Postanowiła zawołać go, przebijając się głosem przez bitewny gwar:
- Elfolusie, wstrzymaj swoje wojska! Pragnę rozmowy.
Głowa o długich blond włosach obróciła się w jej kierunku. Mężczyzna zatrzymał się i stanął naprzeciw niej wyprostowany, jednocześnie gestem nakazując swoim najbliższym towarzyszom wstrzymać akcję. Zagrzmiały elfie harfy i na polu zaległa cisza. Król zrobił cztery nieśpieszne kroki na przód, w kierunku Melanii i stanął na przeciw niej, bardzo blisko. Spoglądając dumnie z góry zadał pytanie:
- Czyżbyś zechciała się poddać?
Głos jego był czysty i dźwięczny, wibrował w powietrzu niczym najpiękniejsza muzyka, na jego dźwięk elfy przyklękiwały z szacunkiem, a czarodziejów przechodziły dreszcze strachu, jednocześnie przepełniony był goryczą i wrogością oraz odrobiną ironii. Melania słyszała go już dziś. To król elfów przemawiał do jej myśli. Wzdrygnęła się.
- Nie ingeruj w moje wypowiedzi, Elfolusie. Nie to powiedziałam. - z  każdym słowem czuła jak maleje pod jego spojrzeniem. Wiedziała, że w hierarchii znajduje się znacznie niżej niż on, jednak nie dawała tego po sobie poznać. Stała wyprostowana wypychając pierś do przodu i patrząc elfowi prosto w głębokie, stare, niebieskie oczy. Wiedziała, że jej postawa dodaje otuchy czarodziejom, wiedziała również, że Elfolusa nie da się zmylić tak łatwo, elf bowiem widział jej oczy, a z oczu mógł czytać jak z otwartej księgi. Widział jej strach, bezradność i desperację. Miał ją w garści. Zdawał sobie z tego sprawę. Wygrał. Oboje dobrze to wiedzieli.
- Czego więc sobie życzysz, pani? - mówiąc to uśmiechnął się ironicznie i złożył głęboki pokłon nie odrywając jednak oczu od twarzy Melanii. Robił wszystko, by grunt spod jej nóg osypał się całkowicie, chciał wytrącić ją z równowagi, zirytować, zyskać kolejny punkt przewagi.
- Chcę zaprzestać tej bitwy. - zawahała się na moment. Czy to co miała mu do zaoferowania było warte sprawy...? - Mam... Mam coś, co może cię zadowolić. 
Elfolus niemal niedostrzegalnie ściągnął usta, pochylił głowę odrobinę w prawo i spojrzał na czarownicę z wyższością. Przez długą chwilę milczał, przyglądając się jej, jakby doszukując się spisku lub podstępu. Ustąpił jednak, skinął lekko głową na Arcywiedźmę, obrócił się na pięcie i majestatycznym krokiem począł wycofywać się z pola bitwy. Oczekiwał, że Melania pójdzie za nim, co z resztą uczyniła. 
Gdy przechodził elfy rozsuwały się przed nim chyląc głowy w pokłonie. Darzyły go nieopisaną miłością i szacunkiem, był dla nich surowym lecz dobrym i sprawiedliwym władcą. Gotów był chronić każdego z osobna własną piersią. 
Elfolus zszedł ze zlanej krwią polany i przechadzał się z wolna wśród wierzchowców, na których przybył tu wraz ze swoim oddziałem. Odnalazł największego z nich, pięknego siwego shire'a i położył dłoń na jego chrapach. Nie trudno było Melanii odgadnąć, że tego konia dosiada król. W milczeniu oddalili się od zwierząt i dopiero wtedy zatrzymał się. Melania, lekko zdyszana, gdyż trudno było iść jej ramię w ramię z długonogim elfem, stanęła naprzeciw niego.
- Mam coś, co może cię zadowolić. - powtórzyła. Elfolus znów przechylił głowę w prawo na znak, że słucha uważnie.
Melania stała krótki czas w ciszy z oczami spuszczonymi ku ziemi. Dłonią sięgnęła do zakrytego szatami dekoltu i chwyciła w palce skrawek materiału. Elfolus przyglądał jej się uważnie. Czarownica z wolna, jakby walcząc ze sobą, wyjęła spod tkaniny cienki łańcuszek, na którym zawieszony był średniej wielkości biały kamień. Elfolus wyprostował się gwałtownie niczym struna przyglądając się chciwie spod przymkniętych powiek klejnotowi. Jego piękną, białą jak śnieg twarz pokrył rumieniec w delikatnym odcieniu różu. Król pożądał klejnotu zawieszonego u szyi Arcywiedźmy od dawna, a ona była gotowa mu go tak łatwo oddać... Niemożliwością było, by pojmowała jego rzeczywistą potęgę. Jednakże czego można się spodziewać po czarodziejach, po bezmyślnej rasie zapatrzonej w ludzi, gotowej poświęcać dla nich swoje życie... Cichy głos Melanii przerwał wewnętrzny monolog elfa.
- Wycofaj swoje wojska, a będzie twój. Wielu ludzi straciłam na tej beznadziejnej wojnie. Zbyt wielu...
Elfolus z wolna wyciągnął smukłą dłoń, by chwycić łańcuszek, na którym kołysał się skarb.
- Lusion... - szepnął niemal niedosłyszalnie wbijając oczy w kamień niczym zahipnotyzowany. W tym samym momencie Melania gwałtownym ruchem schowała klejnot z powrotem pod ubranie. Czar prysnął, a Elfolus znów stanął wyprostowany i dumny, lecz tym razem na jego obliczu malowała się również łapczywość na skarb pozostający w rękach czarownicy.
- Wycofaj swoje wojska, Elfolusie. - powiedziała dobitnie Melania. 
Król popatrzył na nią swymi przenikliwymi oczami z mieszaniną odrazy i gniewu, lecz odszedł pośpiesznie w kierunku koni. Melania widziała jak umiejętnie wskakuje na ogromnego wierzchowca i odjeżdża galopem, w pełnym siadzie na oklep. Nie minęło dużo czasu gdy ujrzała go znów, tym razem na czele ogromnej armii elfów maszerujących w stronę zwierząt. Z mocno bijącym sercem obserwowała jak wojownicy Elfolusa kolejno dosiadają swoich koni i zawracają w stronę swego odległego królestwa. Z podziwem patrzyła na harmonię panującą między nimi, a ich wierzchowcami. Sama nigdy nie jechała konno. To nie była dziedzina, w której specjalizują się czarodzieje. 
Kolejne elfy odjeżdżały nie zaszczycając Melanii spojrzeniem, a ona starała się nie myśleć o stracie, którą właśnie poniosła. Czymże jest jej rasa bez Lusionu...? Zaczęła przypominać sobie całą historię szlachetnego kamienia opowiadaną jej przez jej matkę wiele razy; początek swój brał od pierwszych chodzących po świecie czarodziejów, gdy moc ich była większa znacznie niż dziś. Choć byli potężną rasą nigdy nie dorównali elfom. Stworzyli więc kamień - Lusion - w którym zamknęli część swojej mocy. Był on przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzie królewskim i miał dawać siłę czarodziejom aż po kres ich istnienia, by nigdy nie musieli ukorzyć się przed długowłosymi istotami. A dziś został utracony. Kolejne pokolenia czarodziejów będą dążyły do odzyskania klejnotu, lecz Melania wie, że na darmo. Dopóki będą go posiadały elfy żaden czarodziej czy też przedstawiciel jakiejkolwiek innej rasy nie dostanie zgody, by choć rzucić na niego okiem.
Powstrzymywała łzy, czuła jak na jej twarz wypływa gorący rumieniec. Ach, gdyby ten przeklęty Vlad wysłuchał jej! Ostrzegała go, że z elfami nie da się walczyć. Że z Elfolusem nie da się walczyć… Ale oczywiście jego duma była silniejsza, rozpętał daremną wojnę, w której zginęło wielu ich wiernych poddanych, w której została poniesiona strata nie do odbudowania… Melania czuła, że zbliża się koniec czarodziejów, koniec, przed którym miał ich strzec Lusion...
Gdy myśli kolejno przelatywały przez jej głowę Elfolus zbliżał się z wolna do niewielkiej postaci kryjącej się wśród drzew i zarośli. Spostrzegła jego obecność dopiero gdy rumak, którego dosiadał rzucił cień na jej twarz. Elfolus zsunął się bezszelestnie z jego grzbietu i stanął z wyciągniętą w stronę Arcywiedźmy otwartą dłonią. Czekał, by podała mu skarb, który skrywała pod połami ubrania.
Melania wbiła wzrok w ziemię. Powoli odpięła łańcuszek, na którym umocowany był Lusion. Spojrzała raz jeszcze na kamień przez łzy, zacisnęła go w swej niewielkiej pięści i niechętnie wyciągnęła ramię w stronę elfa. Upuściła medalion na jego otwartą dłoń.
Elfolus patrzył na klejnot z uwielbieniem szeroko otwartymi oczyma. Bez słowa zapiął łańcuszek na swojej szczupłej, długiej szyi, schował klejnot pod srebrnymi szatami, wsiadł na konia i odjechał galopem.
Melania stała pewien czas bez ruchu patrząc za znikającym w oddali elfem. Łzy płynęły po jej zaczerwienionej twarzy, a krótkie, brązowe włosy rozwiewał wiatr. Gdy armia Elfolusa zniknęła jej z oczu odwróciła się na pięcie i powoli, znużona poczęła zmierzać ku zamkowi, by policzyć straty, opatrzyć rannych, pochować poległych, a na koniec zaszyć się w swej komnacie i myśleć, „co teraz…?”.


04.05.2015r. ;)

Czołem załogo! ;)
Wracam!
Z jakiego powodu? Ano, natchnęło mnie i akurat mam chwilę czasu na pisanie. "Czasu"... Właśnie powinnam uczyć się biologii i kończyć nowy ("nowy") szkic, ale dziś jednak zdecyduję się na dawno nieodwiedzanego bloga :D
Może parę słów o mnie? Uczę się pilnie i podbijam świat! Aktualnie szykuję scenariusz do krótkometrażowego filmu na konkurs. I właśnie na ten temat zamierzam coś wstępnego - nie najlepszego - napisać. Małe wprowadzenie do poniższego tekstu: jest on wzorowany na Władcy Pierścieni i Harrym Potterze, ponieważ wspólnie z moimi "wspólniczkami" doszłyśmy do wniosku, że właśnie taki świat chcemy przedstawić na konkursie. Życzę miłej lektury i mam szczerą nadzieję, że własnie taka będzie. :) (Prolog w kolejnym poście)
A tu mogę zamieścić mój piękny szkic (co prawda nie jest w temacie bloga, ale i tak go zamieszczę!)
Przedstawiam państwu Lorda Elronda! :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Dziecię Śmierci

      Przez całą drogę tramwajem do miejsca w którym miał się odbyć zlot mojego fandomu niepokoiły mnie dziwne trzaski w okolicach kół, ale nie zwracałam na nie zbyt dużej uwagi. Po czterdziestu minutach jazdy zauważyłam swój przystanek. Zaczęłam wstawać z krzesła kiedy pisk w kołach zagłuszył wszystko dookoła. Wagonem szarpnęło. Upadłam na podłogę, a ludzie siedzący obok zrobili to samo. Świat zawirował. Uderzyłam o coś głową. Przed oczami miałam zamęt. Widziałam przetaczających się po podłodze ludzi. Słyszałam ich krzyki. Zobaczyłam lecące we wszystkie strony odłamki pękniętej szyby. Potem wszystko zniknęło...

***

      Powoli otworzyłam oczy. Wszystko było zamglone i nie wyraźne. Nic nie słyszałam. Podnosiłam się stopniowo; najpierw na łokcie, do pozycji siedzącej, na kolana. Dźwięki zaczęły do mnie docierać. Słyszałam krzyki. Z prawej strony ktoś płakał. Wstałam i rozejrzałam się. Wokół mnie panował chaos. Stałam na środku ulicy, a dookoła było pobojowisko: tramwaj którym jechałam leżał na boku. Ranni ludzie... Jedni leżeli, inny już się podnosili. A potem dostrzegłam siebie. Leżałam na chodniku. Ręce i nogi miałam rozrzucone wokół siebie. Z rany na głowie wyciekała krew. Nie poruszałam się. Miałam zamknięte oczy.  
     Podniosłam rękę do oczu. Wpatrywałam się w nią intensywnie. Nie była materialna. Byłam mgłą. Duchem. Byłam nieżywa...
     Z lewej strony usłyszałam jak ktoś krzyczy moje imię. W moją stronę biegło kilkoro przyjaciół z fandomu... Na ich przedzie Scott; chłopak, który był dla mnie jak starszy brat. Dobiegł do mojego ciała i potrząsnął nim powtarzając moje imię. Po twarzy płynęły mu łzy. Poczułam pod moimi niematerialnymi powiekami gorąco. Po policzkach popłynęły mi łzy. Zakryłam usta dłonią i zaczęłam się cofać. Przeszłam przez jakąś kobietę leżącą na ziemi. Cały czas obserwowałam tę straszną scenę: Scott tulący do siebie moje martwe ciało, a za nim milczące Emily i Ann. Nie mogłam uwierzyć w to co się przede mną rozgrywa. Ja nie żyłam. Byłam martwa. Na prawdę byłam martwa. Zaczęłam rozglądać się nerwowo wokół siebie. Za chwilę podejdzie do mnie jakiś człowiek ubrany w czarną szatę z kapturem narzuconym na głowę i każe mi iść ze sobą. Już nigdy więcej nie zobaczę tego co tu zostawiłam. Nigdy więcej nie przytulę Scotta. Nie będę się śmiała z żartów Ann. Nie przeczytam już żadnej książki. Nigdy nie wrócę do domu na szesnastą żeby zjeść obiad... Nigdy nie powiem Loganowi, że  mi na nim zależy. Łzy zaczęły płynąć szybciej i intensywniej. Potrząsałam głową jakby to miało sprawić, że znowu wrócę do swojego ciała, które w magiczny sposób ożyje. Obraz miałam zamazany. Podeszłam do Scotta chcąc otrzeć mu z twarzy łzy, ale moja ręka przeniknęła przez jego skórę co tylko pogłębiło mój ból. Odsunęłam się od niego i znów przyłożyłam dłonie do twarzy. Powiedziałabym, że w tamtej chwili chciałam umrzeć, ale to już zrobiłam. Wtedy jedyne czego chciałam to znów ożyć i móc odwzajemnić uścisk Scotta. Modliłam się do wszystkich bogów, ale żaden mnie nie słuchał. Otarłam jedyne łzy, które mogłam otrzeć - moje. Spojrzałam w górę, na dróżkę, którą przybiegli tu moi przyjaciele. U jej szczytu zauważyłam Logana. Tego Logana w którym podkochiwałam się potajemnie od wielu miesięcy. Tego Logana, który był moim przyjacielem. Tego z którego chciałam zrobić kogoś więcej. A teraz ta szansa bezpowrotnie została utracona...
      Stał z wyrazem osłupienia na twarzy. Po chwili po jego obliczu przetoczyła się burza emocji: od gniewu i rozczarowania po ból na którym się skończyło. Zaczął zbliżać się do pobojowiska na sztywnych nogach. Stanął za Scottem, którzy przekazał mu moje ciało, a ten, ku mojemu zaskoczeniu wydał z siebie dziki szloch i ukrył twarz w moich włosach. Ramionami wstrząsał mu szloch. Gładził mi włosy drżącymi dłońmi mamrocząc coś do siebie...
      Rozległ się ryk syren. Zaczęły zjeżdżać się karetki, ale nie zwróciłam na nie uwagi. Byłam zbyt przejęta grozą patrząc na Logana. On wcale nie chciał być moim przyjacielem... Podszedł do niego ratownik w czerwonym stroju. Powiedział coś do niego, a on z ociąganiem pocałował mnie w czoło i oddał tamtemu człowiekowi. Wstał i na drżących nogach przyglądał się jak zabierają moje ciało. Scott poklepał go po ramieniu. 
- Sorrel... - usłyszałam za plecami cichy, niski głos wypowiadający moje imię. 
      Obróciłam się i spostrzegłam mężczyznę, może czterdziestoletniego, ubranego w czarny garnitur. Miał atramentowo-czarne włosy zaczesane do tyłu i bezdenne czarne oczy. Wokół niego unosiła się czarna mgła w której pojawiały się i znikały twarze; niektóre wykrzywione z bólu, inne ze wyrazem spokojnego uniesienia. 
      Nie tak wyobrażałam sobie Tanatosa, Anioła Śmierci, czy kogokolwiek innego, kto miał przyjść po moją duszę. Cofnęłam się odruchowo o krok, a on wyciągnął do mnie bladą rękę, a na jego twarzy zagościł smutny uśmiech.
- Nie przyszedłem cię stąd zabierać, Sorrel. - przemówił - Przyszedłem z propozycją. Podejdź do mnie.
      Zrobiłam niepewny krok do przodu. Potem jeszcze jeden. A później znalazłam się w lodowatych objęciach tego człowieka. Dopiero po kilku sekundach mnie puścił, a na jego twarzy zagościł nieco weselszy uśmiech. Znów zaczął mówić:
- Obserwowałem cię przez wszystkie te lata Sorrel. Pilnowałem i strzegłem. Niestety dziś nie udało mi się odgonić od ciebie Śmierci. Tak mi przykro moje dziecko... - uśmiech na jego twarzy znów zgasł, a on zrobił pauzę - Ale pragnę to naprawić. Wiesz kim jestem?
      Potrząsnęłam sztywno głową. Nie wiedziałam. Znów uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie. 
- A za czyją córkę podawałaś się przez ostatnie kilka miesięcy? - zapytał. 
      Zastanowiłam się. Olśnienie przyszło tak nagle, że wydałam z siebie zduszony okrzyk. Czy ten mężczyzna to...?
- Tak moje dziecko. Jestem panem Podziemia. Jestem Hades. - odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie - A ty, moja droga Sorrel... Wiesz kim ty jesteś?
      Znów potrząsnęłam głową, choć już wiedziałam, ale odpowiedź ta była tak nieprawdopodobna, że nie byłam w stanie wypowiedzieć tych słów na głos. 
- Ty jesteś moją córką, Sorrel. Jesteś córką śmierci i tylko to pozwala mi na przedstawienie ci mojej propozycji. Czy chcesz jej wysłuchać? 
      Pokiwałam głową. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Pewnie miałam bardzo głupią minę bo na twarzy Hadesa znów rozkwitł uśmiech.
- Proponuję ci powrót do tego świata. 
      Zatkało mnie jeszcze bardziej niż do tej pory. Starałam się poskładać to wszystko w kupę: nie żyję. Logan płacze za mną. Moim ojcem jest Hades, który właśnie zaproponował mi powrót do życia. To było niemożliwe. Ale znów pokiwałam głową i zapytałam cichym głosem:
- Czego chcesz w zamian...?
      Hades roześmiał się. Nie był to przyjemny dźwięk, ale w końcu czego się można spodziewać po władcy Podziemia.
- Czego chcę w zamian za przywrócenie życia mojej jedynej córce? Och, wystarczy mi tylko trochę z twojego obiadu spalonego mi w ofierze! 
      Chyba nie było to możliwe, ale znów mnie zatkało. Ten człowiek - przepraszam, ten bóg - mówi mi, że jest moim ojcem, proponuje przywrócenie mnie do życia, a w zamian chce ode mnie kilku ziemniaków? Czy ze mną wszystko w porządku?
      Hades zerknął na zegarek. 
- Masz jeszcze dwie minuty zanim znajdzie cię Tanatos, a wtedy już nie będziesz miała wyjścia.
      Jeśli to był podstęp to trudno. Ale jeśli nie to zyskałam szansę na powrót do tego za czym już zaczęłam tęsknić...
- Tak. Chcę żyć. 
      Mój ojciec uśmiechnął się do mnie po raz ostatni i pstryknął palcami. Znów osunęłam się w ciemność...

***

      Obudził mnie dziwny pisk. Powoli otworzyłam oczy. Zaczęłam sobie przypominać wydarzenia z poprzedniego dnia, miesiąca, sprzed godziny...? Tramwaj. Śmierć. Hades. Propozycja... 
      Rozejrzałam się wokoło. Wszystko było białe, więc pomyślałam, że Hades mnie oszukał. A potem zobaczyłam jego. 
      Stał pod oknem, bokiem do mnie, ubrany w niebieską koszulę w kratę i czarne dżinsy. Brązowe włosy miał jak zwykle niesfornie potargane, a mała blizna na policzku była widoczna w porannym świetle. Ręce miał założone na piersiach, a na twarzy malowała mu się zaduma i niepokój. Promienie słońca opływały jego twarz i ramiona, tak, że jego kontury się rozmywały. Patrzył przed siebie twardym wzrokiem. Rysy jakby mu stężały. Wyglądał jakby przybyło mu kilka lat. 
      Zerknął na mnie kątem oka i doznał metamorfozy; twarz na powrót przybrała chłopięcego uroku, który tak w nim kochałam, uśmiech rozkwitł mu na wargach, oczy zabłyszczały. Odwrócił się błyskawicznie i podszedł do mnie. Patrzył na mnie z uśmiechem na twarzy. Też się uśmiechnęłam. Dobrze było mieć go przy sobie. 
      Oczy miał jeszcze zaczerwienione od płaczu, ale wyglądał fantastycznie (jak zwykle). Wziął mnie za rękę i pochylił się nade mną. 
- Dobrze, że jesteś. Tęskniłem.
      Pocałował mnie w czoło, a ja podziękowałam tacie za jego dar.

sobota, 15 lutego 2014

Określona

      Jest dziewiąta rano, a świat wygląda jakby umarł. Dość przerażająca sceneria.
Idę ulicą na której nie ma ludzi. W ogóle. Zwykle o dziewiątej rano jest mało ludzi, ale jednak są. Tu jakiś mężczyzna w garniturze śpieszy się na pociąg; tam grupka roześmianych dzieci idzie do szkoły; gdzie indziej jakaś pani domu wraca z zakupów; dalej starsza pani wyprowadza na spacer pieska. Ale nie dziś. Dziś jestem sama.
      Wszędzie dookoła unosi się mgła tak gęsta, że nie widzę własnych butów.
      Usłyszałam za sobą trzask. Obróciłam się przestraszona, ale był to tylko jakiś ptak podrywający się do lotu. Przeleciał nade mną a ja zwróciłam twarz z powrotem w kierunku marszu. Przede mną, nie wiadomo skąd, wyrosła starsza pani. Była do mnie odwrócona tyłem. Szła dziwnym krokiem. Chwiała się na boki jak pingwin i powłóczyła nogami jakby nie potrafiła ich podnieść. Poczułam w powietrzu nieprzyjemny kwaśny zapach. Miałam dziwne przeczucie, że zdarzy się coś złego. Spuściłam głowę żeby poprawić grzywkę opadającą mi na oczy, a gdy ją podniosłam poczułam szarpnięcie w tył. Pani idąca przede mną obróciła się i doskoczyła do mnie tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłam się przed nią cofnąć. Teraz trzymała mnie w niepojętnie mocnym uścisku trzymając jedną rękę na mojej szyi i przyduszając, a palcami drugiej - wyposażonymi w przerażające szpony i zzieleniałą skórę - gładziła mnie po policzku, sycząc w jakimś nieznanym mi, a jednak dziwnie znajomym języku do ucha. Rozumiałam poszczególne słowa: "heros", "zwycięstwo", "pan". Wszystko to wydawało mi się dziwne i niemożliwe. Jej oddech miał paskudny kwaśny zapach; taki sam jaki wyczułam wcześniej w powietrzu. Wszystko to wydawało mi się przerażające do momentu kiedy ujrzałam kątem oka długi, rozdwojony język wysuwający się z ust ex starszej pani tuż przy mojej twarzy. Kiedy zrozumiałam na co patrzę wszystko co zobaczyłam do tej pory - pazury, zielona skóra, mgła jak mleko - wydało mi się dziecinnie straszne; coś w stylu opowieści o duchach jakimi straszy się małe pięciolatki. Zrobiło mi się niedobrze. Ugięły się pode mną kolana, ale potwór trzymał mnie w uścisku, a osuwając się sprawiłam, że jego łapa jeszcze mocniej zacisnęła się na mojej szyi. Powoli zaczynało kończyć mi się powietrze. Poczułam ukłucie na policzku, a po chwili spływającą w dół ciepłą ciesz: krew płynącą z rany zadanej na mojej twarzy pazurami bestii. Ból i brak powietrza połączyły się w jedno i przed oczami pojawiła mi się mgiełka. Uderzyła we mnie pewna myśl: ten język jest ostatnią rzeczą jaką zobaczę, kwaśny smród ostatnim zapachem jaki poczuję, a dziwny język ostatnim dźwiękiem jaki usłyszę. Utrzymywały mnie tylko ręce potwora, bo moje nogi - tak jak reszta ciała - odmówiła mi posłuszeństwa. Czułam jak to coś za moimi plecami zmienia kształt. Po chwili przed moimi zamglonymi oczami pojawiły się porwane i brudne nietoperze skrzydła. Znajdowałam się na granicy omdlenia co w moim przypadku równałoby się także ze śmiercią więc zawzięcie walczyłam z opadającymi powoli powiekami. Usłyszałam głos jakby ktoś pocierał papierem ściernym o skałę i potwór przemówił w moim języku:
- Herosik. Malutki, potężny herosik. Pan będzie bardzo zadowolony... - i poczułam dotyk wężowego języka na twarzy.
      Drugi policzek eksplodował bólem. Wrzasnęłam, choć byłam pewna, że nikt mnie nie usłyszał - ani nie usłyszy. Miałam wrażenie, że jestem zamknięta w bańce z mgły. O czym to coś mówiło...? O jakim herosiku...? O jakim panie...? Nic z tego nie rozumiałam. Kiedy w końcu się poddałam i postanowiłam zamknąć oczy poczułam, że mgiełka przed nimi się rozwiewa. Wróciło powietrze. Upadłabym na kolana gdyby ktoś nie złapał mnie w ostatnim momencie. Poczułam wilgoć w gardle. Przepełniła mnie energia. Usłyszałam odgłosy walki;  uderzenia metalu o metal, krzyk - zdecydowanie ludzki - i warkot dobywający się bez wątpienia z gardła tego potwora, który usiłował mnie zabić. Poczułam, że siedzę na ziemi, a głowę mam opartą o coś miękkiego. Zobaczyłam nad sobą twarz; potargane, nieco przydługie czarne włosy, oczy w tym samym głębokim odcieniu czerni i bardzo jasną cerę. Chłopiec który trzymał mnie w ramionach był słowem tak zniewalająco piękny, że mało brakowało, a znów straciłabym oddech. Jego oblicze było bardzo poważne, w oczach czaił się gniew i odrobina szaleństwa choć nie wyglądał on na więcej niż 15 lat.
      A później ujrzałam pole bitwy.
Dwóch chłopców wymachiwało mieczami w kierunku potwora, którego teraz mogłam zobaczyć w całości. Zielonoszara skóra ukryta pod zniszczoną i zszarzałą tuniką, o oczach białych jak mleko. Co pewien czas stwór otwierał paszczę w której ukazywały się straszne zęby i rozdwojony język. Był wysokości przeciętnego nastolatka. Z pleców wyrastało mu półtorej skrzydła. Połowa jednego leżała na ziemi i wyciekała z niego paskudna, czarnozielona ciecz - taka sama jaką zauważyłam na kikucie prawego skrzydła. Wymachiwał dziko łapami i ogonem, długim na metr i wyposażonego w groźnie wyglądający kolec na końcu. Zaczęłam się szarpać, ale czarnowłosy chłopak przytrzymał mnie mocno za ramiona i wyszeptał, że już jestem bezpieczna. Do oczu napłynęły mi łzy i spływały po policzkach zatrzymując się w długich smugach po każdej stronie - jednej zadanej szponem bestii, a drugiej wypalonej pod dotykiem jej języka. Przyglądałam się walce dusząc w sobie wzbierający we mnie krzyk. Chłopcy napierali na potwora jak szaleni. Byli szybsi i bystrzejsi od niego. Po kilku minutach na ziemi leżało już drugie skrzydło, zielona ręka i trzy zielone palce. Bliższą polu walki połowę twarzy miałam spryskaną czarną krwią bestii jak i czerwoną ludzi, bo i oni nie wyszli z tego bez szwanku; mieli liczne rozcięcia na twarzach i rękach, a jeden z nich miał dodatkowo ciężko ranną nogę. Kiedy ostre pazury zatopiły się głęboko w twarzy blondyna, a ten wydał z siebie okrzyk bólu odwróciłam wzrok. Nie mogłam na to patrzeć. Łzy napływały coraz szybciej. Czarnowłosy chłopak szeptał mi słowa, które uspokoiłyby mnie na pewno w normalnych warunkach. Ale te warunki nie były normalne. Raz po raz powtarzałam sobie, że to tylko potworny sen z którego zaraz się obudzę, ale on trwał i trwał w nieskończoność.
      Minęło może pięć minut, a może pięć godzin kiedy usłyszałam przenikliwy, skrzekliwy wrzask.
Obróciłam twarz w drugą stronę akurat kiedy potwór rozsypywał się w piach, który wiatr rzucił mi w twarz.
W moją stronę biegli tamci dwaj chłopcy. Mieli zatroskane, ale wyraźnie szczęśliwe twarze.
      Kiedy znaleźli się obok mnie jeden z nich odezwał się:
- Cześć Sophie. Jesteś herosem.
      Powiedział to takim tonem jakby podawał mi dzisiejszą datę. Jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.
      Początkowo nie rozumiałam. Ale później przypomniało mi się co mówił ten potwór... "Herosik. Malutki, potężny herosik. Pan będzie bardzo zadowolony". I wszystkie fragmenty układanki wskoczyły na swoje miejsca.
      Jestem herosem.
      Herosi są potomkami bogów.
      Jestem półbogiem.
Tama w moim gardle znikła i wydobył się z niego potworny szloch. Po policzkach znów popłynęły łzy. Opadłam na mojego opiekuna chowając twarz w jego ramieniu, a on wziął mnie na ręce i wstał. Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu, a ja kalkulowałam w głowie co to wszystko znaczy. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam...

poniedziałek, 27 stycznia 2014

List od Samobójcy

      "Mamo, tato, wiem, że to pewnie wy znajdziecie ten list (i mnie). Chcę żeby każdy kto przeczyta te litery wiedział, że nigdy nie chciałam tego robić. To było silniejsze ode mnie. Jeśli bym tego nie zrobiła już na zawsze zamknęliby mnie w psychiatryku..." Wyrwała z zeszytu kartkę, zgniotła i rzuciła na podłogę. Niedbale przetarła ręką łzy spływające po twarzy i zaczęła od nowa.
      "Dobrze wiecie, że nigdy nie chciałam umrzeć..." Pogniotła piątą lub szóstą kartkę i zaczęła od początku.
      "Ci z was, którzy znali mnie trochę lepiej od reszty wiedzą, że nigdy nie chciałam tego robić. I choć nie raz o tym myślałam potwornie bałam się śmierci. Nie chciałabym żebyście myśleli, że teraz się nie boję. Boję się i to bardziej niż kiedykolwiek. Ale miałam do wyboru, albo to, albo trafić na resztę życia do pokoju bez klamek. Odwlekałam to ile mogłam. Chciałam żyć. Nadal chcę. Ale moja psychika rozleciała się już dawno. Dziś jedyne co czuję to ból, udręka i nienawiść. Wszystkie moje problemy mnie przerosły, a wy, drodzy rodzice, drodzy uczniowie i nauczyciele, których codziennie mijałam na korytarzach mojej szkoły przechyliliście szalę. Mam nadzieję, że moja historia nauczy was, że to co mi robiliście może zabić. Tato, proszę, pozwól mojemu braciszkowi uniknąć takiego piekła jakie zgotowałeś mnie...
      Babciu, moi przyjaciele, bracie, rodzino; kocham was. Mamo, tato, was mimo waszych uprzedzeń w stosunku do mnie też kocham...
      Tato, serce mi pęka na myśl, że ostatnie słowa jakie do mnie skierowałeś przed moją śmiercią to to jak bardzo jestem do niczego i jak mnie nienawidzisz. Jak mnie żałujesz... Życzę wam wszystkim wspaniałego życia. Ci z was którzy na to zasłużyli niech czekają i wypatrują mnie, bo życie zawsze zatacza krąg...

Będę tęsknić."
 
Złożyła kartkę na pół. Chwyciła pudełko tabletek. Później drugie. A na koniec położyła się na swoim łóżku z całej siły tuląc do siebie ukochaną maskotkę. Przed oczami miała rozwścieczonego ojca, wykrzykującego, że jej nienawidzi. Kartki, które codziennie znajdowała przyklejone do swojej szafki. "Zabij się, suko!", "Skończ ze sobą", "Jesteś nikim"...
      Zamknęła oczy, a po jej policzkach spłynęły ostatnie łzy...
 
      A godzinę później ambulans wyłączył sygnał, bo nie śpieszył się już nigdzie....
      A na grobowej płycie było napisane, że umarła mając piętnaście lat....
 


wtorek, 21 stycznia 2014

Wybranka Aresa

      Lucky była uczennicą jednego z publicznych liceów. Zaradna, z niezłymi ocenami, samodzielna, arogancka, nerwowa i samotna. Z dziwnymi zainteresowaniami. Mieczem posługiwała się niczym starożytny grecki wojownik. Była wojowniczką. W sercu i w duszy. Poza tym lubiła grecką mitologię. Dużo bardziej niż nauczyciel historii. Lucky prawie że wyznawała greckie bóstwa. A nader wszystko ceniła Aresa.
      Często dzierżąc miecz w dłoni wyobrażała sobie, że żyje setki, tysiące lat temu. Że jest przywdziana w zbroję spartańską i modli się przed bitwą do boga wojny. Lubiła powieści o herosach i często wyobrażała sobie, że jest jednym z nich, a w jej żyłach płynie krew potężnego Aresa. Że jej ojciec jest z niej dumny. Jednak prawda była taka, że była tylko dzieckiem z rodziny o dziwnym podejściu do miłości i ogniska domowego. W tym domu, w biedniejszej okolicy miasta, wśród tych ludzi wpisanych w papiery jako jej rodzina, w Lucky zrodziły się agresja i nienawiść. I pragnienie życia herosa. Teraz po raz kolejny wybiegała  wieczorem z domu nie mogąc znieść krzyków i wiecznych pretensji kierowanych w jej stronę. Nie płakała. Płacz był dla słabych. Ares by nie płakał. Więc dlaczego ona by miała? U pasa czuła ciężar miecza obijającego się o udo podczas biegu; kiedyś po ucieczce z domu znalazła go w strumyku płynącym przy torach kolejowych. Był stary i zniszczony, ale sumiennie go czyściła i dbała o niego tak, ze teraz wyglądał jak nowy i był jej największą dumą. W biegu wyszarpnęła go z pochwy i siekała wściekle liście i gałęzie w niedużym gaju należącym do jakiejś stadniny, ćwiczyła pchnięcia i uniki. Jej ubrania i włosy niebawem kleiły się od potu, a oddech był ciężki jak w trakcie bitwy. Jej umysł się oczyszczał. Po chwili myślała jedynie o wykonywanych pchnięciach i unikach, o przedłużeniu swojej ręki jakim był ten miecz, o tym, jak dobrze się czuje wymachując nim. I o tym do czego tak na prawdę się nadaje i czego nigdy nie będzie mogła robić, bo w tych czasach nikt już nie potrzebował herosów... Na tę myśl poczuła ukłucie żalu, ale ćwiczyła dalej. Ledwo dostrzegła dziwny błysk światła na prawo od siebie i była gotowa pomyśleć, że jej się wydawało gdyby nie to, że wyraźnie czuła, że nie jest już sama. Ktoś powoli zbliżał się do niej od tyłu. Intuicyjnie udała, że nic nie zauważyła i ćwiczyła dalej czekając jak intruz podejdzie wystarczająco blisko... A kiedy poczuła, że dzieli ich co najmniej metr dopiero obróciła się błyskawicznie, zamachnęła mieczem zwalając przeciwnika na kolana, ale nie raniąc i przytknęła mu ostrze do szyi. Rozległ się dziki, niekontrolowany krzyk, który ku jej zaskoczeniu wydobył się z jej własnego gardła, jakby na prawdę brała udział w bitwie. Uczucie było niesamowite. Spojrzała w dół, na swoją ofiarę. Nie od razu dotarło do niej co widzi. Klęczał przed nią dorosły mężczyzna. Jego brązowe oczy wpatrywały się w nią z mieszaniną zaskoczenia, dumy i zadowolenia z siebie. Ubrany był w złotą grecką zbroję. Cała jego postać wydzielała niesamowite złote światło podobne do zorzy polarnej.
      Jej miecz znajdował się na grdyce boga wojny.
      Automatycznie wypuściła broń z dłoni, padła na kolana i wbiła wzrok w ziemię. Nie była godna patrzenia na niego. A on w tym czasie podniósł się i przemówił:
- Jestem pod wrażeniem, Lucky.
      Klęczała dalej spuszczając głowę jeszcze niżej. Czuła, że go rozgniewała i zbliża się jej koniec. Zastanawiała się czy będzie cierpieć kiedy poczuła chłód jego broni na ramieniu i wzdrygnęła się. Uniosła wzrok. Bóg stał nad nią z mieczem w dłoni i patrzył na nią brązowymi oczami wyrażającymi szacunek. Wśród drzew rozległ się jego potężny głos:
- Ty, Lucky Branwell, okazałaś się godna chwały jaką chcę cię obdarzyć. Dobyłaś mojego miecza i udowodniłaś, że jesteś wojowniczką. Od tej chwili mów do mnie "ojcze" i dąż do kroczenia drogą wypełnianą chwałą i szacunkiem, na które, jako wybranka, córka Aresa zapracujesz i zasłużysz. Spełniam twoje życzenie, ale do ciebie należy decyzja. Czy przysięgasz na Styks poświęcić swoje życie zwykłego śmiertelnika i wypełnić je obowiązkami herosa, dziecka boga wojny?
- Przysięgam - odpowiedziała bez chwili wahania. Czyż nie było to coś czego pragnęła najbardziej na świecie...?
- A więc niechaj się stanie! - wykrzyknął dotykając palcem wskazującym wolnej ręki środka jej czoła. W tym samym momencie na jej ramieniu rozgrzał się miecz. Poczuła lekkie ukłucie jakby się oparzyła. Jej ciało zrobiło się ciężkie. Dużo cięższe niż powinno być. Ale zaraz zorientowała się, że to nie ciało. To zbroja. Taka jaką nosili Spartanie i jaką miał na sobie Ares. Przy biodrze poczuła znajomy ciężar; to jej ukochany miecz wrócił na swoje miejsce. Bóg odsunął się od niej o krok.
- Od tej chwili jesteś herosem - rzekł - Powstań.
Wstała. Była pewna, że przewróci się pod ciężarem zbroi, ale ta układała się doskonale i wcale nie była taka ciężka jak w pierwszym momencie jej się wydawało. Czuła się tak jakby została stworzona do noszenia tej zbroi. W gruncie rzeczy była... Ares w tym czasie patrzył na nią jak ojciec na dziecko; z mieszaniną dumy i radości w oczach, ale jego rysy ciągle były ostre. W końcu był bogiem wojny. Oczy to i tak dużo.
- Daję ci moje błogosławieństwo Lucky. Czyń swoją powinność i idź za głosem swojego ojca. - Cofnął się, wokół niego rozbłysło światło i Ares - jej ojciec - zniknął, a Lucky, jego wybranka, została sama.
      Odsłoniła ramię na którym bóg położył swój miecz, choć już wiedziała co na nim zobaczy. Na skórze połyskiwało znamię w przedstawiające tarczę i miecz.
      Została przez niego naznaczona.

Pierwszy post

Witam. Na tym blogu publikowane będą krótkie story pisane przeze mnie, na różne tematy, głównie oparte na książkach, które dotychczas przeczytałam, ale nie koniecznie. Mam nadzieję, że odbiorcom blog się spodoba.
 
 
 
/Carstairs