sobota, 15 lutego 2014

Określona

      Jest dziewiąta rano, a świat wygląda jakby umarł. Dość przerażająca sceneria.
Idę ulicą na której nie ma ludzi. W ogóle. Zwykle o dziewiątej rano jest mało ludzi, ale jednak są. Tu jakiś mężczyzna w garniturze śpieszy się na pociąg; tam grupka roześmianych dzieci idzie do szkoły; gdzie indziej jakaś pani domu wraca z zakupów; dalej starsza pani wyprowadza na spacer pieska. Ale nie dziś. Dziś jestem sama.
      Wszędzie dookoła unosi się mgła tak gęsta, że nie widzę własnych butów.
      Usłyszałam za sobą trzask. Obróciłam się przestraszona, ale był to tylko jakiś ptak podrywający się do lotu. Przeleciał nade mną a ja zwróciłam twarz z powrotem w kierunku marszu. Przede mną, nie wiadomo skąd, wyrosła starsza pani. Była do mnie odwrócona tyłem. Szła dziwnym krokiem. Chwiała się na boki jak pingwin i powłóczyła nogami jakby nie potrafiła ich podnieść. Poczułam w powietrzu nieprzyjemny kwaśny zapach. Miałam dziwne przeczucie, że zdarzy się coś złego. Spuściłam głowę żeby poprawić grzywkę opadającą mi na oczy, a gdy ją podniosłam poczułam szarpnięcie w tył. Pani idąca przede mną obróciła się i doskoczyła do mnie tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłam się przed nią cofnąć. Teraz trzymała mnie w niepojętnie mocnym uścisku trzymając jedną rękę na mojej szyi i przyduszając, a palcami drugiej - wyposażonymi w przerażające szpony i zzieleniałą skórę - gładziła mnie po policzku, sycząc w jakimś nieznanym mi, a jednak dziwnie znajomym języku do ucha. Rozumiałam poszczególne słowa: "heros", "zwycięstwo", "pan". Wszystko to wydawało mi się dziwne i niemożliwe. Jej oddech miał paskudny kwaśny zapach; taki sam jaki wyczułam wcześniej w powietrzu. Wszystko to wydawało mi się przerażające do momentu kiedy ujrzałam kątem oka długi, rozdwojony język wysuwający się z ust ex starszej pani tuż przy mojej twarzy. Kiedy zrozumiałam na co patrzę wszystko co zobaczyłam do tej pory - pazury, zielona skóra, mgła jak mleko - wydało mi się dziecinnie straszne; coś w stylu opowieści o duchach jakimi straszy się małe pięciolatki. Zrobiło mi się niedobrze. Ugięły się pode mną kolana, ale potwór trzymał mnie w uścisku, a osuwając się sprawiłam, że jego łapa jeszcze mocniej zacisnęła się na mojej szyi. Powoli zaczynało kończyć mi się powietrze. Poczułam ukłucie na policzku, a po chwili spływającą w dół ciepłą ciesz: krew płynącą z rany zadanej na mojej twarzy pazurami bestii. Ból i brak powietrza połączyły się w jedno i przed oczami pojawiła mi się mgiełka. Uderzyła we mnie pewna myśl: ten język jest ostatnią rzeczą jaką zobaczę, kwaśny smród ostatnim zapachem jaki poczuję, a dziwny język ostatnim dźwiękiem jaki usłyszę. Utrzymywały mnie tylko ręce potwora, bo moje nogi - tak jak reszta ciała - odmówiła mi posłuszeństwa. Czułam jak to coś za moimi plecami zmienia kształt. Po chwili przed moimi zamglonymi oczami pojawiły się porwane i brudne nietoperze skrzydła. Znajdowałam się na granicy omdlenia co w moim przypadku równałoby się także ze śmiercią więc zawzięcie walczyłam z opadającymi powoli powiekami. Usłyszałam głos jakby ktoś pocierał papierem ściernym o skałę i potwór przemówił w moim języku:
- Herosik. Malutki, potężny herosik. Pan będzie bardzo zadowolony... - i poczułam dotyk wężowego języka na twarzy.
      Drugi policzek eksplodował bólem. Wrzasnęłam, choć byłam pewna, że nikt mnie nie usłyszał - ani nie usłyszy. Miałam wrażenie, że jestem zamknięta w bańce z mgły. O czym to coś mówiło...? O jakim herosiku...? O jakim panie...? Nic z tego nie rozumiałam. Kiedy w końcu się poddałam i postanowiłam zamknąć oczy poczułam, że mgiełka przed nimi się rozwiewa. Wróciło powietrze. Upadłabym na kolana gdyby ktoś nie złapał mnie w ostatnim momencie. Poczułam wilgoć w gardle. Przepełniła mnie energia. Usłyszałam odgłosy walki;  uderzenia metalu o metal, krzyk - zdecydowanie ludzki - i warkot dobywający się bez wątpienia z gardła tego potwora, który usiłował mnie zabić. Poczułam, że siedzę na ziemi, a głowę mam opartą o coś miękkiego. Zobaczyłam nad sobą twarz; potargane, nieco przydługie czarne włosy, oczy w tym samym głębokim odcieniu czerni i bardzo jasną cerę. Chłopiec który trzymał mnie w ramionach był słowem tak zniewalająco piękny, że mało brakowało, a znów straciłabym oddech. Jego oblicze było bardzo poważne, w oczach czaił się gniew i odrobina szaleństwa choć nie wyglądał on na więcej niż 15 lat.
      A później ujrzałam pole bitwy.
Dwóch chłopców wymachiwało mieczami w kierunku potwora, którego teraz mogłam zobaczyć w całości. Zielonoszara skóra ukryta pod zniszczoną i zszarzałą tuniką, o oczach białych jak mleko. Co pewien czas stwór otwierał paszczę w której ukazywały się straszne zęby i rozdwojony język. Był wysokości przeciętnego nastolatka. Z pleców wyrastało mu półtorej skrzydła. Połowa jednego leżała na ziemi i wyciekała z niego paskudna, czarnozielona ciecz - taka sama jaką zauważyłam na kikucie prawego skrzydła. Wymachiwał dziko łapami i ogonem, długim na metr i wyposażonego w groźnie wyglądający kolec na końcu. Zaczęłam się szarpać, ale czarnowłosy chłopak przytrzymał mnie mocno za ramiona i wyszeptał, że już jestem bezpieczna. Do oczu napłynęły mi łzy i spływały po policzkach zatrzymując się w długich smugach po każdej stronie - jednej zadanej szponem bestii, a drugiej wypalonej pod dotykiem jej języka. Przyglądałam się walce dusząc w sobie wzbierający we mnie krzyk. Chłopcy napierali na potwora jak szaleni. Byli szybsi i bystrzejsi od niego. Po kilku minutach na ziemi leżało już drugie skrzydło, zielona ręka i trzy zielone palce. Bliższą polu walki połowę twarzy miałam spryskaną czarną krwią bestii jak i czerwoną ludzi, bo i oni nie wyszli z tego bez szwanku; mieli liczne rozcięcia na twarzach i rękach, a jeden z nich miał dodatkowo ciężko ranną nogę. Kiedy ostre pazury zatopiły się głęboko w twarzy blondyna, a ten wydał z siebie okrzyk bólu odwróciłam wzrok. Nie mogłam na to patrzeć. Łzy napływały coraz szybciej. Czarnowłosy chłopak szeptał mi słowa, które uspokoiłyby mnie na pewno w normalnych warunkach. Ale te warunki nie były normalne. Raz po raz powtarzałam sobie, że to tylko potworny sen z którego zaraz się obudzę, ale on trwał i trwał w nieskończoność.
      Minęło może pięć minut, a może pięć godzin kiedy usłyszałam przenikliwy, skrzekliwy wrzask.
Obróciłam twarz w drugą stronę akurat kiedy potwór rozsypywał się w piach, który wiatr rzucił mi w twarz.
W moją stronę biegli tamci dwaj chłopcy. Mieli zatroskane, ale wyraźnie szczęśliwe twarze.
      Kiedy znaleźli się obok mnie jeden z nich odezwał się:
- Cześć Sophie. Jesteś herosem.
      Powiedział to takim tonem jakby podawał mi dzisiejszą datę. Jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.
      Początkowo nie rozumiałam. Ale później przypomniało mi się co mówił ten potwór... "Herosik. Malutki, potężny herosik. Pan będzie bardzo zadowolony". I wszystkie fragmenty układanki wskoczyły na swoje miejsca.
      Jestem herosem.
      Herosi są potomkami bogów.
      Jestem półbogiem.
Tama w moim gardle znikła i wydobył się z niego potworny szloch. Po policzkach znów popłynęły łzy. Opadłam na mojego opiekuna chowając twarz w jego ramieniu, a on wziął mnie na ręce i wstał. Szliśmy przez jakiś czas w milczeniu, a ja kalkulowałam w głowie co to wszystko znaczy. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz