***
Powoli otworzyłam oczy. Wszystko było zamglone i nie wyraźne. Nic nie słyszałam. Podnosiłam się stopniowo; najpierw na łokcie, do pozycji siedzącej, na kolana. Dźwięki zaczęły do mnie docierać. Słyszałam krzyki. Z prawej strony ktoś płakał. Wstałam i rozejrzałam się. Wokół mnie panował chaos. Stałam na środku ulicy, a dookoła było pobojowisko: tramwaj którym jechałam leżał na boku. Ranni ludzie... Jedni leżeli, inny już się podnosili. A potem dostrzegłam siebie. Leżałam na chodniku. Ręce i nogi miałam rozrzucone wokół siebie. Z rany na głowie wyciekała krew. Nie poruszałam się. Miałam zamknięte oczy.
Podniosłam rękę do oczu. Wpatrywałam się w nią intensywnie. Nie była materialna. Byłam mgłą. Duchem. Byłam nieżywa...
Z lewej strony usłyszałam jak ktoś krzyczy moje imię. W moją stronę biegło kilkoro przyjaciół z fandomu... Na ich przedzie Scott; chłopak, który był dla mnie jak starszy brat. Dobiegł do mojego ciała i potrząsnął nim powtarzając moje imię. Po twarzy płynęły mu łzy. Poczułam pod moimi niematerialnymi powiekami gorąco. Po policzkach popłynęły mi łzy. Zakryłam usta dłonią i zaczęłam się cofać. Przeszłam przez jakąś kobietę leżącą na ziemi. Cały czas obserwowałam tę straszną scenę: Scott tulący do siebie moje martwe ciało, a za nim milczące Emily i Ann. Nie mogłam uwierzyć w to co się przede mną rozgrywa. Ja nie żyłam. Byłam martwa. Na prawdę byłam martwa. Zaczęłam rozglądać się nerwowo wokół siebie. Za chwilę podejdzie do mnie jakiś człowiek ubrany w czarną szatę z kapturem narzuconym na głowę i każe mi iść ze sobą. Już nigdy więcej nie zobaczę tego co tu zostawiłam. Nigdy więcej nie przytulę Scotta. Nie będę się śmiała z żartów Ann. Nie przeczytam już żadnej książki. Nigdy nie wrócę do domu na szesnastą żeby zjeść obiad... Nigdy nie powiem Loganowi, że mi na nim zależy. Łzy zaczęły płynąć szybciej i intensywniej. Potrząsałam głową jakby to miało sprawić, że znowu wrócę do swojego ciała, które w magiczny sposób ożyje. Obraz miałam zamazany. Podeszłam do Scotta chcąc otrzeć mu z twarzy łzy, ale moja ręka przeniknęła przez jego skórę co tylko pogłębiło mój ból. Odsunęłam się od niego i znów przyłożyłam dłonie do twarzy. Powiedziałabym, że w tamtej chwili chciałam umrzeć, ale to już zrobiłam. Wtedy jedyne czego chciałam to znów ożyć i móc odwzajemnić uścisk Scotta. Modliłam się do wszystkich bogów, ale żaden mnie nie słuchał. Otarłam jedyne łzy, które mogłam otrzeć - moje. Spojrzałam w górę, na dróżkę, którą przybiegli tu moi przyjaciele. U jej szczytu zauważyłam Logana. Tego Logana w którym podkochiwałam się potajemnie od wielu miesięcy. Tego Logana, który był moim przyjacielem. Tego z którego chciałam zrobić kogoś więcej. A teraz ta szansa bezpowrotnie została utracona...
Stał z wyrazem osłupienia na twarzy. Po chwili po jego obliczu przetoczyła się burza emocji: od gniewu i rozczarowania po ból na którym się skończyło. Zaczął zbliżać się do pobojowiska na sztywnych nogach. Stanął za Scottem, którzy przekazał mu moje ciało, a ten, ku mojemu zaskoczeniu wydał z siebie dziki szloch i ukrył twarz w moich włosach. Ramionami wstrząsał mu szloch. Gładził mi włosy drżącymi dłońmi mamrocząc coś do siebie...
Rozległ się ryk syren. Zaczęły zjeżdżać się karetki, ale nie zwróciłam na nie uwagi. Byłam zbyt przejęta grozą patrząc na Logana. On wcale nie chciał być moim przyjacielem... Podszedł do niego ratownik w czerwonym stroju. Powiedział coś do niego, a on z ociąganiem pocałował mnie w czoło i oddał tamtemu człowiekowi. Wstał i na drżących nogach przyglądał się jak zabierają moje ciało. Scott poklepał go po ramieniu.
- Sorrel... - usłyszałam za plecami cichy, niski głos wypowiadający moje imię.
Obróciłam się i spostrzegłam mężczyznę, może czterdziestoletniego, ubranego w czarny garnitur. Miał atramentowo-czarne włosy zaczesane do tyłu i bezdenne czarne oczy. Wokół niego unosiła się czarna mgła w której pojawiały się i znikały twarze; niektóre wykrzywione z bólu, inne ze wyrazem spokojnego uniesienia.
Nie tak wyobrażałam sobie Tanatosa, Anioła Śmierci, czy kogokolwiek innego, kto miał przyjść po moją duszę. Cofnęłam się odruchowo o krok, a on wyciągnął do mnie bladą rękę, a na jego twarzy zagościł smutny uśmiech.
- Nie przyszedłem cię stąd zabierać, Sorrel. - przemówił - Przyszedłem z propozycją. Podejdź do mnie.
Zrobiłam niepewny krok do przodu. Potem jeszcze jeden. A później znalazłam się w lodowatych objęciach tego człowieka. Dopiero po kilku sekundach mnie puścił, a na jego twarzy zagościł nieco weselszy uśmiech. Znów zaczął mówić:
- Obserwowałem cię przez wszystkie te lata Sorrel. Pilnowałem i strzegłem. Niestety dziś nie udało mi się odgonić od ciebie Śmierci. Tak mi przykro moje dziecko... - uśmiech na jego twarzy znów zgasł, a on zrobił pauzę - Ale pragnę to naprawić. Wiesz kim jestem?
Potrząsnęłam sztywno głową. Nie wiedziałam. Znów uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie.
- A za czyją córkę podawałaś się przez ostatnie kilka miesięcy? - zapytał.
Zastanowiłam się. Olśnienie przyszło tak nagle, że wydałam z siebie zduszony okrzyk. Czy ten mężczyzna to...?
- Tak moje dziecko. Jestem panem Podziemia. Jestem Hades. - odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie - A ty, moja droga Sorrel... Wiesz kim ty jesteś?
Znów potrząsnęłam głową, choć już wiedziałam, ale odpowiedź ta była tak nieprawdopodobna, że nie byłam w stanie wypowiedzieć tych słów na głos.
- Ty jesteś moją córką, Sorrel. Jesteś córką śmierci i tylko to pozwala mi na przedstawienie ci mojej propozycji. Czy chcesz jej wysłuchać?
Pokiwałam głową. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Pewnie miałam bardzo głupią minę bo na twarzy Hadesa znów rozkwitł uśmiech.
- Proponuję ci powrót do tego świata.
Zatkało mnie jeszcze bardziej niż do tej pory. Starałam się poskładać to wszystko w kupę: nie żyję. Logan płacze za mną. Moim ojcem jest Hades, który właśnie zaproponował mi powrót do życia. To było niemożliwe. Ale znów pokiwałam głową i zapytałam cichym głosem:
- Czego chcesz w zamian...?
Hades roześmiał się. Nie był to przyjemny dźwięk, ale w końcu czego się można spodziewać po władcy Podziemia.
- Czego chcę w zamian za przywrócenie życia mojej jedynej córce? Och, wystarczy mi tylko trochę z twojego obiadu spalonego mi w ofierze!
Chyba nie było to możliwe, ale znów mnie zatkało. Ten człowiek - przepraszam, ten bóg - mówi mi, że jest moim ojcem, proponuje przywrócenie mnie do życia, a w zamian chce ode mnie kilku ziemniaków? Czy ze mną wszystko w porządku?
Hades zerknął na zegarek.
- Masz jeszcze dwie minuty zanim znajdzie cię Tanatos, a wtedy już nie będziesz miała wyjścia.
Jeśli to był podstęp to trudno. Ale jeśli nie to zyskałam szansę na powrót do tego za czym już zaczęłam tęsknić...
- Tak. Chcę żyć.
Mój ojciec uśmiechnął się do mnie po raz ostatni i pstryknął palcami. Znów osunęłam się w ciemność...
***
Obudził mnie dziwny pisk. Powoli otworzyłam oczy. Zaczęłam sobie przypominać wydarzenia z poprzedniego dnia, miesiąca, sprzed godziny...? Tramwaj. Śmierć. Hades. Propozycja...
Rozejrzałam się wokoło. Wszystko było białe, więc pomyślałam, że Hades mnie oszukał. A potem zobaczyłam jego.
Stał pod oknem, bokiem do mnie, ubrany w niebieską koszulę w kratę i czarne dżinsy. Brązowe włosy miał jak zwykle niesfornie potargane, a mała blizna na policzku była widoczna w porannym świetle. Ręce miał założone na piersiach, a na twarzy malowała mu się zaduma i niepokój. Promienie słońca opływały jego twarz i ramiona, tak, że jego kontury się rozmywały. Patrzył przed siebie twardym wzrokiem. Rysy jakby mu stężały. Wyglądał jakby przybyło mu kilka lat.
Zerknął na mnie kątem oka i doznał metamorfozy; twarz na powrót przybrała chłopięcego uroku, który tak w nim kochałam, uśmiech rozkwitł mu na wargach, oczy zabłyszczały. Odwrócił się błyskawicznie i podszedł do mnie. Patrzył na mnie z uśmiechem na twarzy. Też się uśmiechnęłam. Dobrze było mieć go przy sobie.
Oczy miał jeszcze zaczerwienione od płaczu, ale wyglądał fantastycznie (jak zwykle). Wziął mnie za rękę i pochylił się nade mną.
- Dobrze, że jesteś. Tęskniłem.
Pocałował mnie w czoło, a ja podziękowałam tacie za jego dar.
