Lucky była uczennicą jednego z publicznych liceów. Zaradna, z niezłymi ocenami, samodzielna, arogancka, nerwowa i samotna. Z dziwnymi zainteresowaniami. Mieczem posługiwała się niczym starożytny grecki wojownik. Była wojowniczką. W sercu i w duszy. Poza tym lubiła grecką mitologię. Dużo bardziej niż nauczyciel historii. Lucky prawie że wyznawała greckie bóstwa. A nader wszystko ceniła Aresa.
Często dzierżąc miecz w dłoni wyobrażała sobie, że żyje setki, tysiące lat temu. Że jest przywdziana w zbroję spartańską i modli się przed bitwą do boga wojny. Lubiła powieści o herosach i często wyobrażała sobie, że jest jednym z nich, a w jej żyłach płynie krew potężnego Aresa. Że jej ojciec jest z niej dumny. Jednak prawda była taka, że była tylko dzieckiem z rodziny o dziwnym podejściu do miłości i ogniska domowego. W tym domu, w biedniejszej okolicy miasta, wśród tych ludzi wpisanych w papiery jako jej rodzina, w Lucky zrodziły się agresja i nienawiść. I pragnienie życia herosa. Teraz po raz kolejny wybiegała wieczorem z domu nie mogąc znieść krzyków i wiecznych pretensji kierowanych w jej stronę. Nie płakała. Płacz był dla słabych. Ares by nie płakał. Więc dlaczego ona by miała? U pasa czuła ciężar miecza obijającego się o udo podczas biegu; kiedyś po ucieczce z domu znalazła go w strumyku płynącym przy torach kolejowych. Był stary i zniszczony, ale sumiennie go czyściła i dbała o niego tak, ze teraz wyglądał jak nowy i był jej największą dumą. W biegu wyszarpnęła go z pochwy i siekała wściekle liście i gałęzie w niedużym gaju należącym do jakiejś stadniny, ćwiczyła pchnięcia i uniki. Jej ubrania i włosy niebawem kleiły się od potu, a oddech był ciężki jak w trakcie bitwy. Jej umysł się oczyszczał. Po chwili myślała jedynie o wykonywanych pchnięciach i unikach, o przedłużeniu swojej ręki jakim był ten miecz, o tym, jak dobrze się czuje wymachując nim. I o tym do czego tak na prawdę się nadaje i czego nigdy nie będzie mogła robić, bo w tych czasach nikt już nie potrzebował herosów... Na tę myśl poczuła ukłucie żalu, ale ćwiczyła dalej. Ledwo dostrzegła dziwny błysk światła na prawo od siebie i była gotowa pomyśleć, że jej się wydawało gdyby nie to, że wyraźnie czuła, że nie jest już sama. Ktoś powoli zbliżał się do niej od tyłu. Intuicyjnie udała, że nic nie zauważyła i ćwiczyła dalej czekając jak intruz podejdzie wystarczająco blisko... A kiedy poczuła, że dzieli ich co najmniej metr dopiero obróciła się błyskawicznie, zamachnęła mieczem zwalając przeciwnika na kolana, ale nie raniąc i przytknęła mu ostrze do szyi. Rozległ się dziki, niekontrolowany krzyk, który ku jej zaskoczeniu wydobył się z jej własnego gardła, jakby na prawdę brała udział w bitwie. Uczucie było niesamowite. Spojrzała w dół, na swoją ofiarę. Nie od razu dotarło do niej co widzi. Klęczał przed nią dorosły mężczyzna. Jego brązowe oczy wpatrywały się w nią z mieszaniną zaskoczenia, dumy i zadowolenia z siebie. Ubrany był w złotą grecką zbroję. Cała jego postać wydzielała niesamowite złote światło podobne do zorzy polarnej.
Jej miecz znajdował się na grdyce boga wojny.
Automatycznie wypuściła broń z dłoni, padła na kolana i wbiła wzrok w ziemię. Nie była godna patrzenia na niego. A on w tym czasie podniósł się i przemówił:
- Jestem pod wrażeniem, Lucky.
Klęczała dalej spuszczając głowę jeszcze niżej. Czuła, że go rozgniewała i zbliża się jej koniec. Zastanawiała się czy będzie cierpieć kiedy poczuła chłód jego broni na ramieniu i wzdrygnęła się. Uniosła wzrok. Bóg stał nad nią z mieczem w dłoni i patrzył na nią brązowymi oczami wyrażającymi szacunek. Wśród drzew rozległ się jego potężny głos:
- Ty, Lucky Branwell, okazałaś się godna chwały jaką chcę cię obdarzyć. Dobyłaś mojego miecza i udowodniłaś, że jesteś wojowniczką. Od tej chwili mów do mnie "ojcze" i dąż do kroczenia drogą wypełnianą chwałą i szacunkiem, na które, jako wybranka, córka Aresa zapracujesz i zasłużysz. Spełniam twoje życzenie, ale do ciebie należy decyzja. Czy przysięgasz na Styks poświęcić swoje życie zwykłego śmiertelnika i wypełnić je obowiązkami herosa, dziecka boga wojny?
- Przysięgam - odpowiedziała bez chwili wahania. Czyż nie było to coś czego pragnęła najbardziej na świecie...?
- A więc niechaj się stanie! - wykrzyknął dotykając palcem wskazującym wolnej ręki środka jej czoła. W tym samym momencie na jej ramieniu rozgrzał się miecz. Poczuła lekkie ukłucie jakby się oparzyła. Jej ciało zrobiło się ciężkie. Dużo cięższe niż powinno być. Ale zaraz zorientowała się, że to nie ciało. To zbroja. Taka jaką nosili Spartanie i jaką miał na sobie Ares. Przy biodrze poczuła znajomy ciężar; to jej ukochany miecz wrócił na swoje miejsce. Bóg odsunął się od niej o krok.
- Od tej chwili jesteś herosem - rzekł - Powstań.
Wstała. Była pewna, że przewróci się pod ciężarem zbroi, ale ta układała się doskonale i wcale nie była taka ciężka jak w pierwszym momencie jej się wydawało. Czuła się tak jakby została stworzona do noszenia tej zbroi. W gruncie rzeczy była... Ares w tym czasie patrzył na nią jak ojciec na dziecko; z mieszaniną dumy i radości w oczach, ale jego rysy ciągle były ostre. W końcu był bogiem wojny. Oczy to i tak dużo.
- Daję ci moje błogosławieństwo Lucky. Czyń swoją powinność i idź za głosem swojego ojca. - Cofnął się, wokół niego rozbłysło światło i Ares - jej ojciec - zniknął, a Lucky, jego wybranka, została sama.
Odsłoniła ramię na którym bóg położył swój miecz, choć już wiedziała co na nim zobaczy. Na skórze połyskiwało znamię w przedstawiające tarczę i miecz.
Została przez niego naznaczona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz